„Lustro”
Scena plastyczna KUL,
reż. Leszek Mądzik

1 sierpnia, 2023
 · 
7 min read
Featured Image

RETROSPEKTYWA

“Lustro” Leszka Mądzika

"To więcej niż odbicie, bardziej potrzeba zajrzenia do wnętrza w sferę emocji, wrażliwości utrwalających silnie piętno obsesji, lęków, fascynacji czy tragicznego losu, które wypełniło krótkie życie Brunona Schulza. Ożywiony obraz przywołujący przeczucia ogarniające tego niepozornego nauczyciela rysunku drohobyckiego gimnazjum pragnie wraz z widzem udać się w tę wędrówkę u której końca jawi się otchłań z niemymi świadkami, których milczenie potęguje dramat człowieka".

                                                          Leszek Mądzik

„Jak wyglądam? Czasem widzę się w lustrze… Rzecz dziwna, śmieszna i bolesna.” - te słowa padają
w spektaklu „Lustro” Leszka Mądzika. W wersji Jerzego Radziwiłowicza są jakąś spowiedzią, głęboko wewnętrznym monologiem człowieka, który nie jest w stanie spojrzeć na siebie „en face, twarzą w twarz”, którego odbicie ucieka, patrzy w bok, jest odwrócone, wręcz nieznajome. I choć to słowo z offu,
to jednak pierwsze słowo, jakie pojawiło się na scenie teatru Leszka Mądzika od ponad czterdziestu lat,
od jego początków. Jest to fragment „Samotności” Brunona Schulza, krótki tekst ze zbioru „Sanatorium pod klepsydrą”, który wybrzmiewa echem w bezdennej ciemności, czyniąc go monumentalnym,
a jednak także nieskończenie intymnym i na wskroś ludzkim. Wydaje się, jakby Schulz szeptał nam do ucha, bo ta ciemność powoduje, że znajdujemy się sami z tymi słowami, jakby spektakl był tylko dla nas, jakby wszystko odbywało się w naszej wyobraźni. To jest właśnie największy z triumfów reżysera – udało mu się stworzyć teatr w głowie widza. I ten teatr jest dużo bardziej niespodziewany, nieskończony
i plastyczny niż jakikolwiek, jaki może zaistnieć w rzeczywistości.

Miałem szczęście widzieć „Lustro” z dwóch stron. Mogłem poznać, co znajduje się za odbiciem,
patrzeć oczami widza, by później wejść w tę materię i spoglądać na patrzących. Nie będę udawał -
to na pewno jeden z najważniejszych spektakli w moim życiu. Może nawet najważniejszy.
Spektakl, który otworzył mnie na kompletnie inny rodzaj teatru, inny rodzaj wrażliwości, inny rodzaj przeżywania. Nigdy ani przedtem ani potem nie doświadczyłem tak obezwładniającej ciemności,
która spowodowała, że byłem sam na świecie, a to, co przede mną - malowane światłem
na nieskończonym czarnym płótnie - było tym całym światem na niecałą godzinę.
Kompletnie zaczarowany straciłem poczucie czasu, nie wiedziałem, ile się dzieje naprawdę,
a na ile tylko moje oczy (oślepione chwilę wcześniej blinderami), próbują znaleźć klucz do interpretacji tej odrobiny światła, która do nich docierała, łatając dziury złudzeniami optycznymi.

Gdy wrota zaczęły się poruszać w moją stronę, przestałem wierzyć w obiektywność tego, co widzę.
Na fakturze ogromnej ściany pojawiały się twarze, niestworzone kształty… ta ściana żyła, była jakimś żywym organizmem, nieznanym dotąd nauce. Nagle ze ściany wyłonił się człowiek, dwa humanoidalne kruki (jak się dowiedziałem później - narratorzy), które zdjęły z niego kostium, a także dłonie,
które rozebrały go z twarzy. 

“(...) Stoję tam nieruchomo, patrząc w bok, nieco w tył za siebie. Nasze spojrzenia przestały się spotykać. Gdy się poruszę i on się porusza, ale na wpół w tył odwrócony, jakby o mnie nie wiedział,
jakby zaszedł poza wiele luster i nie mógł już powrócić.”

Tytułowa scena - konfrontacja bohatera z lustrem. Ostatnie zdanie tego monologu do tej pory mnie wzrusza. Pełne jest nostalgii, pełne goryczy, pełne egzystencjalnego smutku. Z biegiem lat wciąż myślimy, że zobaczymy tam kogoś, kogo znaliśmy, kim byliśmy, kim myślimy, że jesteśmy. Rzeczywistość jest brutalna, odporna na nasze wyobrażenia o sobie.

Wrota nagle się otwierają, przy stole siedzi kobieta w futrze i dwóch starców. Mają na sobie maski, wydawałoby się ich nieskończoną ilość, bowiem zdejmują je i zdejmują, a nic się nie zmienia.
Zaczynają grać ze sobą, bawić się czymś, co mógłbym określić tylko wodą, ale wodą “w stanie stałym, choć ciekłym” - to włosie anielskie, które w świetle tworzyły ten niesamowity efekt. Zmienia się perspektywa, u nóg kobiety leży bohater, zaczyna się łasić, błagać o dotyk, o intymność, ale nawet jeśli osiągnie go na chwilę, nawet jeśli relacja z kobietą stanie się wzajemna - to tylko złudzenie, bowiem obok zawsze są starcy, którzy podsłuchują, są wiecznie obecni, niczym duchy przeszłości. Miłość bohaterów jest skazana na porażkę, samotność można wyleczyć tylko na chwilę, zagłuszyć ją, bo w końcu i tak nastąpi rozstanie… Bohater zostaje sam, na scenie nie ma już nic, tylko on. Pozostawiony, zwinięty w pozycji embrionalnej. Nagle pojawia się Ojciec, który “przykrywa go ciężką miłością,
jak sarkofagiem” - tak to określiłem kiedyś pisząc o moich wrażeniach w formie poetyckiej.

Spektakl się kończy, widownia się rozświetla - to robocze światło jest kompletnie bezwstydne, odsłaniające nagość, która zawsze powinna zostać w ukryciu. Ten świat był tak intymny, tak piękny
w swojej delikatności, lapidarności, fragmentaryczności, że całość obrazu jest jak obuch,
którym dostajemy w twarz. 

Gdy parę miesięcy później dołączyłem do zespołu “Lustra” i zostały przede mną otwarte mityczne arkany Sceny Plastycznej KUL, legendarnego teatru “sznurka i taśmy”, mimo, że poznałem realia, jakimi rządzi się “rzeczywistość zasceniczna”, to jednak nic nie straciło swojej magii. To było właśnie najciekawsze,
że tak prostymi środkami można tworzyć niesamowite obrazy, które zostają z widzem na lata,
może czasem na całe życie (jak w moim przypadku). Pierwszy raz grałem - jako jeden z kruczych narratorów - “Lustro” we Lwowie na festiwalu “Złoty Lew”, potem jeszcze w wielu innych miejscach,
a ostatni raz w Arkadach Kubickiego na Zamku Królewskim w Warszawie w 2018 roku. Choć pewnie najbardziej zapamiętam występ na jubileuszu 45-lecia Sceny Plastycznej KUL w Lublinie - jedyny raz,
kiedy udało mi się zagrać na ikonicznej Starej Auli, która przed remontem kilka lat temu była przez prawie pięć dekad domem teatru i miejscem, gdzie odbywały się wszystkie premiery.  To w tym spektaklu “oswoiłem scenę”, nauczyłem się bycia na niej, wszystko dzięki temu, że mogłem, niewidzialny, podglądać widownię czekającą na rozpoczęcie spektaklu. Obserwować ludzi, bez których nie ma teatru - bez spotkania aktora z widzem nie ma on możliwości zaistnienia.

Nie wypada też nie wspomnieć o doskonałej muzyce Piotra Klimka, bez którego nie udałoby się stworzyć tak niezwykłego klimatu pełnego oniryczności, senności, zagubienia... Jest to muzyka, która dotyka duszy, a każdy dźwięk wydaje się rezonować głęboko w widzu, potęgując doświadczenia wizualne - stając się pełnoprawnym bohaterem partnerującym aktorom, których przecież nie ma w tym teatrze, a jednak - są!

Spektakl “Lustro” Leszka Mądzika jest przykładem tego, jak twórca pewny swojej poetyki, którą zbudował, może wznieść się na wyżyny sztuki. Może ktoś mógłby mi zarzucić nieobiektywność, biorąc pod uwagę mój czynny udział w nim, jednak zanim to się wydarzyło ten spektakl zdążył wywrócić wszystko,
co w tamtym momencie widziałem o teatrze (będąc wtedy studentem Wiedzy o Teatrze), a mój udział, choć niezbędny, to jednak stanowił tylko jedno małe koło zębate w dobrze naoliwionej maszynie zespołu. Bo bez zaangażowania i miłości zespołu do tego spektaklu, jestem pewien, że nie udałoby się stworzyć takiej magii na scenie. 

Nie silę się na interpretację, ani nie próbuję odszyfrować wymowy spektaklu - w teatrze Leszka Mądzika najważniejszy jest obraz, sam twórca podkreślał wielokrotnie, że “myśli obrazami” i nigdy nie tłumaczy swoich dzieł. Powinny mówić same za siebie. A jeśli po spektaklu następuje cisza - widownia jest tak poruszona sztuką, że zapomina zaklaskać, wciąż pozostaje w kompletnym zatrzymaniu, to udało się dotknąć jakiegoś sacrum, jakiegoś absolutu - coś zmieniło się na zawsze. I dla tych momentów warto tworzyć teatr.

Premiera: 25 maja 2013

Reżyseria, scenariusz i scenografia: Leszek Mądzik

Muzyka - Piotr Klimek

Fragment "Samotności"  Brunona Schulza  - czyta Jerzy Radziwiłowicz

Zespół aktorski: Katarzyna Lisek, Sylwia Wikiera, Kamil Dec/Krzysztof Petkowicz, Robert Frączek/Hubert Gileta, Karol Furmanek, Maciej Mazur, Tomasz Nowak, Szymon Zygma

Później także jako “Lustro II”: gościnnie aktorzy Warszawskiego Centrum Pantomimy: Paulina Staniaszek i Bartłomiej Ostapczuk, a także Sławomir Szondelmajer i Jędrzej Skajster z Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie 

Autor: Krzysztof Petkowicz

Comments

No Comments.

Leave a replyReply to

INSTAGRAM

JESTEŚ ZAINTERESOWANY WSPÓŁPRACĄ?

PROO_zestawienie_1_ACHROMATYCZNE_W_INWERSJI